25 lipca 2026 roku mija dokładnie 50 lat od jednego z tragicznych wypadków na torze żużlowym, który niestety skończył się śmiercią młodego i perspektywicznego zawodnika. Jakiś czas później niewiele zabrakło, aby w związku z powtórką wcześniej przerwanego spotkania życie straciły kolejne osoby. Śmierć na torze
Nikt nie mógł się spodziewać, że jeden z ostatnich dni lipca 1976 roku przejdzie do smutnej historii tej dyscypliny.
Tego dnia w Częstochowie ekipa gospodarzy zmierzyła się z zespołem z Torunia. Co ciekawe, początkowo miano wówczas rywalizować w obecnym województwie kujawsko-pomorskim, lecz z powodu remontu toru pod Jasną Górą, zamieniono kolejność spotkań.
ZOBACZ WIDEO: Wszyscy czekali na mocne ruchy. Ten klub zawodzi na giełdzie transferowej
W piątym wyścigu tej konfrontacji pod taśmą stanęli Andrzej Jurczyński i Marek Nabiałek ze strony miejscowych oraz Jan Ząbik i Kazimierz Araszewicz, reprezentujący przyjezdnych. Nikt nie spodziewał się, że dla tego czwartego będą to ostatnie minuty życia. Od startu prowadził Jurczyński. Za nim jechała para gości. Nagle na jednym z łuków uślizg złapał Araszewicz.
– To wyglądało jak w zwolnionym tempie. Usiadł na moje koło. Ja też złożyłem motocykl. Zerknąłem, gdzie jest Nabiałek. Sam uciekłem na trawę.
W tym momencie wstawał Kaziu, a zawodnik Częstochowian go zabrał i obaj poszli w płot. Już na torze widziałem, że jest ciężko, bo z uszu i nosa poszła Araszewiczowi krew – opowiadał w podcaście “Mówi się żużel” Jan Ząbik. Toruński dziennikarz Andrzej Szmak w relacji z meczu pisał, że po tym wypadku rozegrano jeszcze dwie gonitwy. Podczas tej drugiej dotarła informacja o śmierci Araszewicza, który wcześniej został przetransportowany do szpitala.
Żużlowiec najpewniej zmarł już na torze, a przyczyną był wylew krwi do mózgu. – Było to dwa tygodnie po moim ślubie. O wypadku usłyszeliśmy przez radio o 23:20. Chciałem przekazać tę smutną wieść mamie, ale ona już wiedziała. To była dla nas wielka tragedia.
Kazik zawsze pozostanie w naszych sercach – wspominał po latach brat zmarłego żużlowca, Zbigniew. Zachwycał jazdą
Araszewicz był wtedy cztery miesiące przed 21. urodzinami. Wielu widziało w nim spory talent. On zresztą udowadniał to wynikami oraz jazdą na torze, która była naprawdę efektowna. Szybko pokochali go toruńscy kibice.
Do żużla trafił podrabiając podpis mamy. Ta nie chciała się zgodzić na treningi Kazimierza, ale niezwłocznie stała się jego wierną fanką. Niejako jego mentorem i opiekunem był Jan Ząbik, obecna żywa legenda toruńskiego “czarnego sportu”.
W tamtych czasach często bardziej doświadczeni zawodnicy opiekowali się młodszymi kolegami. – To był naprawdę dobry chłopak. Przede wszystkim się nim zająłem. Zawsze ich traktowałem, jakbym był ich ojcem – przyznał we wcześniej wspomnianym podcaście 80-latek. Na zdjęciu: Jan Ząbik na motocyklu (z przodu) O krok od tragedii
Niewiele zabrakło, aby niecały miesiąc później liczba ofiar w związku z tą potyczką wzrosła.
Na 24 sierpnia zaplanowano powtórkę meczu pomiędzy Częstochowianami a Torunianami. W drodze na spotkanie doszło do przerażającego wypadku. Samochód z czterema żużlowcami drużyny gości zderzył się czołowo ze Starem, który wyprzedzał inną ciężarówkę.
– We trzech wysiedliśmy, a Jurka wyciągano, bo był zakleszczony w aucie. Karetki w końcu pozabierały kolegów, a ja siedziałem w rowie i czekałem. Nagle podjechał samochodem jakiś gościu i pytał, co się stało.
Ja mu powiedziałem, że chyba widać, a on na to zaczął dopytywać, gdzie są koledzy. Powiedział, że jest księdzem i chce im dać ostatnie namaszczenie. Nie wierzył, że wszyscy przeżyli taki wypadek – relacjonował Eugeniusz Miastkowski w książce Daniela Ludwińskiego “Od dirt-tracka do Motoareny.
Opowieść o toruńskim żużlu”. Oprócz Miastkowskiego, który schował się pod siedzeniem i jako jedyny wyszedł z wypadku bez większych urazów, w samochodzie znajdowali się jeszcze Marian Więckowski, Jan Moskowicz oraz Jerzy Kniaź, który był kierowcą. Ten pierwszy miał zwichnięty staw biodrowy, drugi złamany kręgosłup, a trzeci żebra i miednicę. Oczywiście konfrontacja i tym razem nie doszła do skutku. Co więcej, ostatecznie nigdy się ona nie odbyła. Torunianie trzeci raz nie chcieli już jechać do Częstochowy.
Po prostu się bali. Poproszono władze o przyznanie rywalom walkowera i tak się też stało.