Gdy Daniel Rebain przed meczem mówił nam, że “Lewandowski zapełni stadion”, a w związku z jego pojawieniem się w Nowym Jorku “atmosfera powinna być porównywalna z tą, którą panuje, gdy przyjeżdża Messi”, traktowałem to z przymrużeniem oka. Uznałem, że Nowojorczyk mówi nam to, co my, Polacy chcemy usłyszeć. Okazuje się jednak, że nie było w tych słowach cienia przesady. Alex Calabrese, dziennikarz z Chicago, który wybrał się na Sports Illustrated Stadium, pokazał przed spotkaniem, że trybuny opanowali kibice w koszulkach “Lewego”. “Zdecydowana większość kibiców obecnych na Red Bull Arena przyjdzie tutaj wyłącznie po to, żeby zobaczyć jednego zawodnika” – napisał. Oczywiście chodziło o Roberta Lewandowskiego.
ZOBACZ WIDEO: Polak żyje w Hiszpanii jak w raju. “Nie muszę się martwić o jutro”
Plany pokrzyżował im Gregg Berhalter, który posadził Polaka na ławce pierwszy raz, odkąd napastnik wskoczył do “11” Fire 2 sierpnia na mecz z Charlotte FC (2:1). Trudno się jednak dziwić trenerowi, bo to siódmy mecz Fire w ciągu 21 dni. A “Lewy”, który dołączył do zespołu bez okresu przygotowawczego i wszedł do gry z marszu, zasłużył na odpoczynek.
Także dlatego, że w ciągu miesiąca pokonał w powietrzu 16 tys. km i spędził w samolocie o wiele więcej godzin (31) niż na boisku (9,5). Lewandowski nigdy wcześniej w trakcie kariery nie podróżował tak wiele w trakcie sezonu.
Berhalter kazał czekać fanom na Lewandowskiego, ale słowa Rebaina i Calabresego znalazły potwierdzenie w 51. minucie. Gdy tylko “Lewy” podniósł się z ławki rezerwowych, by rozpocząć rozgrzewkę, na trybunach podniosła się wrzawa. Przygotowanie do występu Polak kontynuował, słuchając skandowania swojego nazwiska. Komentator AppleTV przypomniał, że z taką reakcją na tym stadionie spotkał się dotąd tylko Leo Messi, gdy pierwszy raz pojawił się w Harrison jako zawodnik Interu Miami. A gdy 10 minut później “Lewy” podszedł do strefy zmian, trybuny eksplodowały z radości.
Jego pierwszym kontaktom z piłką towarzyszyła euforia kibiców. Mało tego, fani co kilka minut skandowali nazwisko Polaka. De facto piłkarza drużyny gości w tym spotkaniu, co ma swoją wymowę. Być może największą wartością przeprowadzki Lewandowskiego za Ocean jest to, że tam znów jest zjawiskiem. W Europie, mimo swojego imponującego dorobku, musiał na nowo zasługiwać na oklaski. Gdy w poprzednim sezonie nie był tak skuteczny, jego relacja z trybunami Camp Nou była niezręczna.
Kibicom nie wypadało utyskiwać na niego, ale też nie było im go za co chwalić. W USA wystarczy, że wstanie z ławki, a w euforię wpadają nie tylko przedstawiciele Polonii, lecz także kibice, którzy jeszcze niedawno znali go jedynie z telewizji. Lewandowski został przywitany w Nowym Jorku jak gwiazda rocka wchodząca na scenę po supporcie. Powiedzmy sobie szczerze: przeciętnym supporcie.
Mecze MLS w pełnym wymiarze czasowym są bowiem wyjątkowo niestrawnym daniem. Warto jednak je oglądać, by przekonać się, kim dla fanów soccera jest Lewandowski. Reakcja kibiców w Nowym Jorku mówi wszystko o statusie, jakim Polak cieszy się w USA. I tłumaczy, dlaczego 38-latek zdecydował się przyjąć ofertę Chicago Fire. MLS nie cofnie czasu, ale tam jego kariera może potrwać dłużej.
Nie tylko z uwagi na mniej wymagający poziom, ale również, a może nawet przede wszystkim dlatego, że w USA dostaje coś, czego na Starym Kontynencie zaczynało mu brakować: poczucie, że jest kimś wyjątkowym. To potrafi odmłodzić o kilka lat. Maciej Kmita, dziennikarz WP SportoweFakty